Języki w domach Polaków

Nasz język to wewnętrzny głos, z którym się utożsamiamy. Mowa polska, ta pierwsza, ojczysta, jest dla wielu tą jedyną na całe życie. Wierna towarzyszka niestrudzenie podążająca z nami. Mowa, w której po raz pierwszy mówimy – mamo. Po raz pierwszy kochamy. Po raz pierwszy czujemy i myślimy tysiące słów. Bez tych słów – czy to w ogóle bylibyśmy my? Czy w innym niż polski języku można komuś przekazać swoją tożsamość, swoje – ja? Takie pytania na pewno zadają sobie polscy imigranci. Wybór by wyjechać z kraju i osiąść za granicą, łączy się bowiem z pojawieniem się drugiego języka w ich życiu. Jest to język niezbędny by funkcjonować na obczyźnie. Jest jak ktoś potrzebny, ale nie przyjaciel, i w domach polskich imigrantów, jest to raczej nieproszony gość. Nic dziwnego, że typowy Polak na emigracji wybiera partnera o rodzimym pochodzeniu. Wspólny ojczysty język staje się dla związku azylem polskiej tożsamości.

Tak więc – Polka i Polak – to układ najbardziej popularny, ale nie jedyny. Polacy: kobiety i mężczyźni (ci drudzy chyba rzadziej) łączą się też z partnerami o odmiennej mowie. Podejmują decyzję by w nowym języku budować więź z drugą osobą. Dla nich pytanie – czy można w języku innym niż ojczysty być w pełni sobą? – staje się wyzwaniem.

Ten drugi język to codzienna bliskość ‚mieszanego’ związku. Zaczyna się rano, tuż po przebudzeniu. Jeszcze przed wypiciem pierwszej kawy. Sny zapamiętane po polsku wciąż wirują wokół polskich noclegów, gdy zaczyna się proces tłumaczenia. Beata, od wielu lat żyjąca z amerykańskim partnerem, ma kilka minut na polskie w formie myśli, a już moment później, otwiera w swoim mózgu pokój z napisem-angielski. Tam zaczyna się jej intymna praca. – A jaka jest ta intymność? – Wygląda na to, że inna niż ta wyrażana po polsku. Polskość jest często nieprzetłumaczalna. Te słowa, które mówią: brzoza przy piaszczystej drodze, biedronka idąca po słoiku, słoik na stole przykrytym ceratą. Tego nie da się powiedzieć nikomu kto nie widzi tych słów wiszących w powietrzu tak polskich jak w elementarzu – Ala ma Asa. Podobno ‚widzi’ się tylko w swoim ojczystym języku lub w tym przyswojonym w bardzo młodym wieku. I gdy jeździła nad morze, też jej się to podobało.

Podwójne lingwistycznie związki są często bardzo udane. W procesie ich tworzenia, po latch wyrażania najgłębszych uczuć w adoptowanej mowie, rodzi się natomiast u Polaków w takich związkach nowa językowa tożsamość. W ludzkim mózgu uaktywniają się odpowiednie do używnej mowy obszary. Każdy język ma również specyficzne wymogi i obwarowania. I tak- humor Ani po polsku opierał się na absurdalnych, mrożkowo-gombrowiczowskich tekstach, które były prześmiesznymi ripostami. Jak to robić po angielsku? – tego Ania nie potrafiła. Brakowało jej tego, i chciała by jej mąż, Amerykanin, rozumiał jej poczucie humoru. Podobno to, co ludzi śmieszy, dużo mówi o charakterze człowieka. Przez lata Ania zamiast żartować, myślała – jak swoje poczucie humoru przetłumaczyć. Teraz znów ma kontrolę nad swoimi żartami, i znów są one absurdalne, ale ona już jest inna i żarty nie są tylko polskie. Są też dla męża Ani w pełni przyswajalne, podobnie jak jej odtwarzanie błony dziewiczej z Aliexpress.

Jest to tak – jak twierdził Fellini, że każdy język to oddzielna wizja świata. Sprawy proste w jednym świecie, stają się często skomplikowane w innym językowym wymiarze.

– Mariola przeczytała w polskiej gazecie artykuł, w którym mówiono o futurystycznych dowodach tożsamości i zwiększonej dzięki nim możliwości monitorowania mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a szczególnie imigrantów. Poruszona tematem Mariola, próbowała streścić artykuł mężowi. Jako imigrantka czuła się oburzona. Chciała by mąż ją usłyszał, i by czuł się podobnie do niej. On jednak niewiele zrozumiał z jej chaotycznej wypowiedzi, a jego brak zaangażowania był powodem do wybuchu kłótni. Kłótnie natomiast w obcym języku to nie lada wyczyn. Wszystkie stany negatywne: złość, zmęczenie, czy strach, klasyfikują się jako trudniejsze do komunikowania swoim partnerom w obcym języku. Słowa wtedy stają się nieposłuszne, nienamacalne. Miłość czy wzruszenie, nawet jeśli nieubrane w wyrafinowany język, bez trudu trafiają do adresata.

To co trudne, po pewnym czasie nabiera płynności. Jak wszystko co robimy często, zaczynamy wykonywać z wprawą. Po latch przetłumaczania siebie, pojawia się tendencja do myślenia także w przybranym języku. Słowa znów chcą być jednoznaczne. Łyżka chce być tylko łyżką, szklanka – szklanką, a nie dwujęzycznym tworem.

Tak kreują się w człowieku dwa światy. Ten – słów na zawsze polskich, zamniętych w tych słowach wspomnień, krajobrazów, wydarzeń i osób; i ten drugi świat, w którym człowiek nie jest już obcy. Człowiek wyrażajacy siebie w dwóch językach, pomiędzy którymi zbudował most, żyje podwójnie. Strach przed utratą polskiej tożsamości można zamienić na poznanie słów, w których żyje się trochę inaczej. Tożsamość polska, i ta druga – obcojęzyczna – to współistniejące byty, które nadają życiu nowy fascynujący wymiar.

Dla Polaków na emigracji, język ojczysty to często ucieczka od otaczającej ich obcości. Dla wielu z nich jest on tak ciepły i bezpieczny jak kaflowy zapiecek dla kota. Polacy są jednak różni. Czasem jedzą przedziwne potrawy, czasem tylko polski chleb. Dla jednych – ich język to granica poznawania świata. Są też tacy, którzy żyją ilustrując myśl, że żyjesz tyle razy – ile znasz języków.